wtorek, 30 listopada 2010

Kwestia Smaku


Food Design jest ostatnio w modzie. Włoski fotograf Fulvio Bonavia potraktował to stwierdzenie bardzo dosłownie i stworzył nietypową serię z modnymi akcesoriami w roli głównej. By zadośćuczynić trendom, wszystkie obiekty zawierają w sobie elementy jadalne. Mnie szczególnie przypadły do gustu bakłażanowe baletki oraz blok parmezanu w kształcie gustownej torebki. W końcu gdy ktoś częstuje cię dobrym winem, warto mieć przy sobie odpowiednią zakąskę!

Fotografie zostały zebrane i wydane w albumie A Matter of Taste. 














piątek, 19 listopada 2010

DANKLHAMPELs Sundaycake: dla każdego coś dobrego


Nie wiem jak wam, ale mnie od czasu do czasu zdarza się stanąć przed dylematem: co by tu upiec (eh, gdyby człowiek mógł mieć w życiu tylko takie problemy). Mam ochotę na czekoladę, w kuchni nadmiar owoców, w najnowszej książce kucharskiej świetny przepis na ciasto marchewkowe. Albo piekę dla rodziny lub znajomych i: jeden woli ciasta suche, drugi wilgotne, trzeci nie cierpi rodzynek, czwarty ma uczulenie na orzechy, piąty nie toleruje glutenu, itd., itd. I jak tu wszystkim dogodzić? 
W takich sytuacjach przydała by się tortownica projektu wiedeńskiego studia DANKLHAMPEL, nazwana po prostu DANKLHAMPELs Sundaycake. Forma podzielona na kawałki różnej wielkości daje możliwość połączenia kilku smaków w jednym cieście, co pozwala na zaspokojenie odmiennych gustów, a przy tym wygląda nader atrakcyjnie. 

Oczywiście projekt ten jest raczej żartobliwą koncepcją niż przedmiotem użytkowym, choć autorzy myślą podobno nad przystosowaniem go do produkcji. Na razie był częścią wystawy Design Criminals w Austrian Museum of Contemporary Art w Wiedniu. 




źródło: Phaidon

piątek, 12 listopada 2010

Wideo: Teledysk z tostera


Dziś przedstawiam pewien ambitny projekt. W dobie masowej produkcji "gwiazdek" show-biznesu, wszechobecnych efektów specjalnych i milionowych budżetów, trudno w przemyśle muzycznym o oryginalność. Problem tyczy się zarówno muzyki, jak i teledysków. Tym milej jest natknąć się czasem na coś tak świeżego i odmiennego jak klip do piosenki Last Leaf grupy OK Go. 

Muzycy z Los Angeles znani są z oryginalnych pomysłów. Każdy ich koncert to niepowtarzalny spektakl teatralny, a pracę nad teledyskami traktują jak artystyczny performance ze sobą w roli głównej. W przypadku Last Leaf zmienili nieco konwencję i do filmu wykonanego techniką animacji poklatkowej wykorzystali obiekty jadalne. Każdy kolejna klatka to obrazek wypalony laserem na powierzchni ładnie przyrumienionego tosta. Na jedną sekundę klipu przypada 15 klatek, co daje w sumie około 2400 pieczołowicie wypalonych rysunków. Na dodatek nie sposób oskarżyć artystów o marnotrawstwo - wszystkie bochenki były przeterminowane i zamiast wylądować na śmietniku przyczyniły się do powstania sztuki. 

(Wideo w dole posta)









Last Leaf

OK Go | Myspace Music Videos

poniedziałek, 1 listopada 2010

Projekt na Zaduszki: Światło dla dusz


Niepostrzeżenie nadszedł listopad, a wraz z nim długi weekend i jedno z moich ulubionych świąt. Dzień Wszystkich Świętych obchodzony jest w wielu zakątkach świata, a lokalne tradycje z nim związane zdają się zależeć od klimatu i temperamentu miejscowej ludności. U nas to czas melancholijnej zadumy, nieodmiennie kojarzący się z chłodem i pierwszymi listopadowymi przymrozkami (choć akurat w tym roku na pogodę nie sposób narzekać). Inaczej rzecz się ma w gorącym Meksyku, gdzie Día de los Muertos to okazja do kolorowej zabawy, jedzenia i picia za zdrowie tych, którzy odeszli. Smutno czy wesoło, wszędzie idea jest podobna - tego dnia pragniemy przywołać dusze zmarłych. U nas za "przynętę" i drogowskaz dla zbłąkanych duchów służą kwiaty i światło znicza. Do tradycji meksykańskiej należy konstruowanie bogato dekorowanych ołtarzy i składanie na grobach wszystkich przedmiotów charakterystycznych dla nieboszczyka, łącznie z potrawami i napojami, którymi najchętniej raczył się za życia. Nieodłączny element takiej uczty to Pan de Muerto, specjalny chleb z dekoracją w kształcie piszczeli.
Kiedyś na naszych ziemiach było całkiem podobnie. Dziś mało kto wie, iż w staropolskiej tradycji Zaduszek na grobach pozostawiano pokarm dla zmarłych w postaci naczyń wypełnionych kaszą, miodem i jajami. Wypiekano również niewielkie bochenki żytniego chleba, by następnie obdarować nimi żebraków i zapewnić sobie tym samym przychylność dobrych duchów. Takich zwyczajów nikt już nie kultywuje. Znacznie mniej wysiłku wymaga przecież kupno kwiatków czy zapalenie plastikowego znicza. Coraz częściej też rozjeżdżamy się po świecie i dzień Wszystkich Świętych spędzamy z dala od grobów bliskich.
A może warto choć trochę się postarać i, oprócz obowiązkowej wizyty na cmentarzu, zaprosić duchy do własnego domu? Nie, nie jest to zachęta do zabaw w rytualne zarzynianie kogutów, ruchome stoliki i tym podobne ekscesy. Proponuję powrócić do korzeni i wzorem przodków upiec chleb. I to taki, który posłuży jednocześnie jako oryginalny, jedyny w swoim rodzaju znicz.


Taki znicz, w wersji ekologicznej i całkowicie biodegradowalnej, postawić można w oknie w nadziei na wizytę dobrych mocy, bądź po prostu dla stworzenia świątecznego nastroju (wersja dla sceptyków). Przy dobrej, bezdeszczowej pogodzie można nawet pokusić się o zastąpienie nim standardowego, cmentarnego asortymentu i udekorować groby bliskich w sposób znacznie bardziej osobisty.



Pieczenie chleba wcale nie jest trudne. Jeśli na dodatek posiadamy mikser z odpowiednią końcówką do wyrabiania ciasta, to już dosłownie bułka z masłem. Najprostszy przepis znaleźć można choćby tutaj.


Aby nadać chlebkom odpowiedni kształt, upiekłam je w zwykłych, ceramicznych donniczkach.



Kiedy już pięknie się upieką i ostygną, pozostaje jedynie wydrążyć delikatnie miąższ, wyciąć dekoracyjne otwory, włożyć do środka świeczkę i voilà - znicz gotowy!



Dziś mamy wolne, więc jeśli ktoś nie spędza całego dnia na cmentarnym maratonie, posiada w domu mąkę i drożdże (mogą być instant), może porwie się na ten nietypowy projekt. Nic tak nie podkreśla światecznej atmosfery jak roznoszący się po całym domu, cudowny zapach świeżo upieczonego chleba. A Zaduszki przecież dopiero jutro.

środa, 27 października 2010

Łódź Design 2010


W najbliższą niedzielę zakończy się festiwal Łódź Design 2010. Jest to impreza na dużą skalę. Już samo zwiedzanie wystaw, umieszczonych w kliku lokalizacjach, wymaga czasu i bardzo dobrej kondycji, całości towarzyszą ponadto liczne akcje i wydarzenia.
Wybrałyśmy się tam z K na jednodniową wycieczkę. Czasu nie było wiele (a i kondycja okazała się pozostawiać wiele do życzenia), postanowiłyśmy więc ograniczyć program zwiedzania do siedziby głównej festiwalu w Łódź Art Center na Tymienieckiego. Pośród licznych, mniej lub bardziej interesujących elementów ekspozycji, wiedzione wskazówkami pasjonatki food designu Gosi Lipińskiej, odnalazłyśmy dwa projekty o bliskiej nam tematyce. 

Autarchy studia Formafantasma to kolekcja naczyń i lamp z biomateriału składającego się z mąki, odpadów rolniczych i naturalnego wapnia. Subtelne, pastelowe kolory osiągnięto dodając do masy przyprawy lub naturalne barwniki z warzyw. Część naczyń została zaimpregnowana woskiem pszczelim i dziegciem sosnowym, tworząc produkt równie piękny i ekologiczny, co funkcjonalny.
U podstaw projektu leży idea autonomicznej produkcji towarów. To wizja społeczności samowystarczalnej, w której osobiście uprawia się, zbiera i przetwarza dary natury, służące następnie jako pokarm lub materiał do wytwarzania niezbędnych narzędzi.
Jak mówią autorzy: "Autarchy to hołd złożony temu co proste, codzienne, nieskomplikowane". 






projekt: Studio Formafantasma, zdjęcia: Katja Pu

Drugi ciekawy pomysł na zastosowanie naturalnych składników w procesie twórczym to naczynia wykonane ze skórki pomarańczowej, część wystawy prezentującej Akademię Sztuki i Projektowania Bezalel w Jerozolimie. Młody projektant Ori Sonnenshein do zabawy z formą wykorzystał lokalny, w pełni biodegradowalny materiał, tworząc niewielkie, pełne uroku i ciepła obiekty. 






projekt: Ori Sonnenshein, zdjęcia: Katja Pu

Jeśli ktoś zdecyduje się na wyprawę do Łodzi, po intensywnych doznaniach artystycznych proponujemy wizytę w Hort-Cafe (dawny Hortex) na Piotrkowskiej 106/108. Wystrój rodem z eleganckiego uzdrowiska, gąszcz roślinności doniczkowej, obowiązkowa szatnia, imponujące desery lodowe z morzem kolorowej galaretki i górami bitej śmietany, krem sułtański... Prawdziwa, niepowtarzalna, surrealistyczna kapsuła czasu. Koniecznie!   

czwartek, 21 października 2010

Słodka makabra na Halloween

projekt: Lily Vanilly, źródło: Cakehead Loves Evil

Dziś będzie trochę makabrycznie, jeśli ktoś jest szczególnie podatny na wizualne sugestie, radzę nie oglądać zdjęć zamieszczonych poniżej. Chociaż szczerze mówiąc, mogło być gorzej... 
Zbliża się Halloween i większość brytyjskich oraz amerykańskich blogów kulinarnych zapełnia się licznymi przepisami na babeczki przyozdobione pająkami, ciasteczka w kształcie paluchów wiedźmy, bezowe piszczele i inne koszmarne wypieki. Estetyka tych smakołyków pozostawia wiele do życzenia, choć przy tej okazji nikomu to najwyraźniej nie przeszkadza.
A przecież może być i strasznie, i pięknie. Tak jak w przypadku wypieków Lily Vanilli, brytyjskiej specjalistki od babeczek, której talent docenił sam Elton John. Eleganckie cupcakes z kolekcji Halloween kupić można w londyńskim Harrodsie, lub też nabyć książkę "A Zombie ate my cupcake!" autorstwa Lily i samemu zabawić się w plastyka-cukiernika.





Nikogo nie powinno dziwić, że tak koszmarnie piękne słodkości sprzedaje sam Harrods. W końcu Londyn to kolebka sztuki alternatywnej, gotyckiej estetyki i odważnych działań artystycznych. Lily Vanilli jest również częścią zespołu odpowiedzialnego za projekt nietypowego, sezonowego sklepu z wypiekami, przy których wspomniane wcześniej babeczki prezentują się bardzo niewinnie. EAT YOUR HEART OUT & THE PRETOX POTION to pomysł zainicjowany przez Miss Cakehead z Cakehead Loves Evil, bardzo kreatywną osóbkę o mrocznej wyobraźni. W dniach 28-31 października podziemia londyńskiego sklepu Maiden zamienią się w makabryczną cukiernię, z ludzkimi organami, krwią i trucizną w roli głównej. Wszystko oczywiście w stu procentach jadalne, o ile ktoś posiada mocne nerwy lub odpowiednio duży apetyt. Wstęp tylko dla dorosłych.






źródło: Evil Cake Shop

A ja się chyba zadowolę domowym ciastem z dyni. Bez dekoracji.